Włoskie akty urodzenia z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku potrafią zawierać jedno zdanie, które wygląda na biurokratyczną formułkę, a w praktyce było wyrokiem: nato di donna che non consente di essere nominata — „urodzony z kobiety, która nie zgadza się na wskazanie swojego nazwiska”. To nie anonimowość w sensie potocznym. To prawna operacja usuwająca matkę z życia dziecka, usankcjonowana przez włoskie prawo i chronioną przez sto lat.
Za jednym z takich zdań krył się chłopiec urodzony w 1963 roku w Turynie jako Piero Davi. Trafił do domu dziecka, a stamtąd — po kilku miesiącach — na pokład samolotu do Stanów Zjednoczonych, gdzie stał się Johnem Campitellim. W 1991 roku, jako dwudziestoośmiolatek korzystający z jednych z pierwszych sieci komputerowych na uczelni w Cornell, odnalazł swoją matkę Francescę. Był jednym z kilku tysięcy.
Historię tej machiny — kto ją zbudował, kto na niej zarabiał i dlaczego przez dwie dekady nikt jej nie zatrzymał — opisała amerykańska dziennikarka włoskiego pochodzenia Maria Laurino. W Polsce jej książka ukazała się w 2025 roku nakładem wydawnictwa Znak Literanova pod tytułem Dzieci Watykanu. Jak Kościół handlował „sierotami”. Włoski oryginał, wydany w 2023 roku, nosi tytuł Il prezzo degli innocenti (Longanesi), a wydanie amerykańskie ukazało się w 2024 roku jako The Price of Children (Open Road Media). Laurino, wieloletnia współpracowniczka „New York Timesa”, oparła książkę na odtajnionych archiwach nowojorskiej Catholic Committee for Refugees oraz na rozmowach z matkami i dziećmi programu. Jej praca trafiła do „60 Minutes” na antenie CBS i została przedstawiona papieżowi Franciszkowi w listopadzie 2024 roku wraz z listem adoptowanych z prośbą o prawdę i zadośćuczynienie.
Menu strony
Czym była Pontificia Commissione di Assistenza
Instytucja, która stała u źródeł programu, powstała 18 kwietnia 1944 roku z inicjatywy Piusa XII jako Pontificia Commissione di Assistenza — papieska komisja pomocy uchodźcom. Jej twórcą i wieloletnim prezesem (1944–1959) był monsignor Ferdinando Baldelli, bliski współpracownik papieża, później pierwszy prezes Caritas Internationalis. Zadanie komisji brzmiało prosto: szybka, pozabiurokratyczna pomoc uchodźcom, jeńcom i cywilom zniszczonych wojną Włoch — żywność, leki, dary płynące głównie ze Stanów Zjednoczonych. W 1953 roku komisja uzyskała status stały jako Pontificia Opera di Assistenza (POA) i działała aż do 1970 roku — dokładnie tego samego roku, w którym zakończył się program adopcyjny.
Misja humanitarna była realna. Powojenne Włochy potrzebowały żywności i lekarstw, a POA je dostarczała. Był jednak drugi wymiar tej działalności, dziś potwierdzony w historiografii niezależnie od książki Laurino: zimnowojenna mobilizacja przeciw komunizmowi. Wybory z 18 kwietnia 1948 roku, w których Chrześcijańska Demokracja Alcidego De Gasperiego zdobyła 48,51% głosów wobec 30,98% dla bloku komunistyczno-socjalistycznego, były momentem, w którym Kościół i sieci charytatywne POA stały się elementem otwartej walki politycznej. Kardynał Francis Spellman z Nowego Jorku zorganizował wśród włoskich emigrantów masową kampanię listową — badanie opublikowane w „Public Opinion Quarterly” (1950) pokazało, że w miejscowości takiej jak Elmira w stanie Nowy Jork 87% tamtejszej społeczności włoskiej słyszało o apelu, a 42% rodzin rzeczywiście wysłało listy do krewnych we Włoszech z apelem o głosowanie przeciw komunistom.
Klauzula z 1950 roku, która otworzyła drzwi do Ameryki
Prawną furtką, dzięki której włoskie dzieci mogły w ogóle trafić do USA, była poprawka do amerykańskiej ustawy Displaced Persons Act z 1948 roku. 16 czerwca 1950 roku Kongres rozszerzył definicję „kwalifikującej się sieroty wysiedlonej” — prezydent Harry Truman w oświadczeniu przy podpisywaniu ustawy wspomniał wprost o specjalnych przepisach dla 10 tysięcy sierot wojennych z wolnych krajów Europy. Kategoria ta funkcjonowała aż do lat sześćdziesiątych, a jej pochodną utrzymały późniejsze ustawy uchodźcze z 1957 i 1961 roku.
Problem w tym, że zdecydowana większość dzieci wysyłanych z Włoch po 1951 roku nie była sierotami wojennymi w żadnym sensie tego słowa. Wojna skończyła się pięć, dziesięć, piętnaście lat wcześniej. To były dzieci żyjących, niezamężnych matek, którym prawo — i Kościół — odmówiły możliwości zatrzymania dziecka bez społecznej klęski. Kategoria prawna stworzona dla ofiar wojny została użyta do czegoś zupełnie innego. Niezależna historyczka Silvia Cassamagnaghi z Uniwersytetu Mediolańskiego, w artykule opublikowanym w czasopiśmie „Italia Contemporanea” (2017), doszła niezależnie od Laurino do bardzo zbliżonej liczby: około 3700 włoskich dzieci zostało wywiezionych do Stanów Zjednoczonych „w celach adopcyjnych” między końcem wojny a połową lat siedemdziesiątych. Zbieżność dwóch niezależnych badań — dziennikarskiego i akademickiego — jest tu istotna: to nie jest liczba wzięta znikąd.
Rzym, Nowy Jork i cena dziecka
Za logistykę po stronie rzymskiej odpowiadał monsignor Andrew P. Landi, ksiądz z diecezji brooklyńskiej, który przyjechał do Włoch w 1944 roku prowadzić pomoc wojenną, a po latach kierował programem adopcyjnym z biura przy Via della Conciliazione — tej samej alei, którą Mussolini kazał zbudować jako symbol „pojednania” między państwem włoskim a Stolicą Apostolską po traktatach laterańskich z 1929 roku. Ironia nazwy nie umknęła historykom: ulica upamiętniająca pojednanie stała się administracyjnym adresem operacji, która na zawsze rozdzielała matki i dzieci.
Po stronie amerykańskiej dzieci trafiały do rodzin za pośrednictwem monsignora Emila N. Komory z Catholic Committee for Refugees przy National Catholic Welfare Conference w Nowym Jorku. Korespondencja między Landim a Komorą — ponad dwa pudła dokumentów — przetrwała w Center for Migration Studies w Nowym Jorku i to właśnie na niej Laurino oparła rekonstrukcję mechanizmu.
Rodziny adopcyjne płaciły 475 dolarów za dziecko — równowartość dzisiejszych około 4500 dolarów, jak podaje Laurino w rozmowie dla CBS. Gdy popyt wśród amerykańskich katolików przewyższył podaż, Landi wysyłał miejscowych proboszczów na poszukiwania kolejnych dzieci po włoskiej prowincji. Warto tu jednak oddać głos samej autorce książki, bo jej interpretacja jest bardziej złożona niż prosty schemat „handlu dziećmi”: Laurino powiedziała „National Catholic Reporter”, że nie uważa pieniędzy za główny motyw programu. Ważniejszy był lęk przed wzrostem wpływów włoskiej partii komunistycznej i przekonanie, że dzieci pozostawione w kraju — zwłaszcza chłopcy — mogłyby w przyszłości zasilić jej szeregi. To czyni tę historię bardziej niepokojącą, nie mniej: nie chodziło tylko o zysk, lecz o coś, co architekci programu sami postrzegali jako moralny obowiązek.
Kobieta, która nie zgadza się na wskazanie swojego nazwiska
Cały mechanizm nie zadziałałby bez włoskiego prawa o porodzie anonimowym — instytucji sięgającej korzeniami średniowiecznej „koła” (ruota), przez którą matki mogły oddawać dzieci bez ujawniania tożsamości. Pisałem o tej wcześniejszej, XVIII- i XIX-wiecznej fazie tej samej tradycji przy okazji artykułu o rzymskiej ruocie dei trovatelli przy Santo Spirito — program powojenny to jej dwudziestowieczna, biurokratyczna reinkarnacja, tyle że eksportowa.
Współczesna podstawa prawna (dziś art. 30 dekretu prezydenckiego nr 396 z 2000 roku, z korzeniami w regulacjach wcześniejszych) pozwalała matce zastrzec, że nie zgadza się na ujawnienie nazwiska. Dokumenty identyfikujące taką matkę były — i częściowo nadal są — utajnione na sto lat. Europejski Trybunał Praw Człowieka w wyroku Godelli przeciwko Włochom (2012) jednogłośnie uznał, że bezwzględna nieodwołalność takiej anonimowości narusza artykuł 8 Konwencji o ochronie praw człowieka — skarżąca, Anita Godelli, urodzona w 1943 roku w Trieście, przez całe życie nie mogła poznać tożsamości matki. Włoski Trybunał Konstytucyjny w wyroku nr 278 z 2013 roku częściowo obalił tę nieodwołalność, wprowadzając procedurę pozwalającą — za pośrednictwem sądu — zapytać żyjącą matkę, czy zgadza się teraz na ujawnienie danych. Do zmiany prawa przyczyniło się między innymi wieloletnie orędownictwo samego Johna Campitellego, wspomnianego na początku tego tekstu chłopca z Turynu.
Co udokumentowano, a czego książka nie dowodzi
Rzetelność wymaga tu rozdzielenia dwóch poziomów pewności. Istnienie komisji, jej finansowanie przez Stany Zjednoczone, rolę Baldellego, mechanizm poprawki z 1950 roku, skalę bliską czterem tysiącom dzieci, opłatę 475 dolarów i łańcuch Landi–Komora potwierdzają niezależnie od siebie: archiwa Center for Migration Studies, badania Cassamagnaghi, reportaż „60 Minutes” i wywiady dla „National Catholic Reporter”. To materiał solidny.
Dwóch twierdzeń, które pojawiają się w niektórych omówieniach książki, nie udało się jednak potwierdzić w żadnym niezależnym źródle. Pierwsze to sugestia, że opłaty trafiały wprost na konta Banku Watykańskiego (IOR) — żadne z dostępnych opracowań, łącznie z transkryptem „60 Minutes”, tego nie podaje wprost. Drugie to twierdzenie, że nadzór nad samym programem adopcyjnym sprawował z ramienia Sekretariatu Stanu monsignor Giovanni Battista Montini, przyszły papież Paweł VI. Montini w tym okresie rzeczywiście miał w swoich kompetencjach ogólny nadzór nad papieską działalnością charytatywną jako substytut Sekretariatu Stanu, ale to zupełnie inne, znacznie szersze stwierdzenie niż nadzorowanie konkretnie tej operacji adopcyjnej — a żadne ze sprawdzonych źródeł nie łączy go z nią imiennie. Oba twierdzenia traktuję więc jako niepotwierdzone: prawdopodobnie pojawiają się w przypisach książki Laurino, ale bez dostępu do jej źródeł archiwalnych nie da się ich zweryfikować, a dobra praktyka historyczna każe w takiej sytuacji zaznaczyć niepewność, nie milczeć na jej temat.
Nie tylko Watykan: kościelne adopcje XX wieku
Włoski program nie był zjawiskiem odosobnionym, lecz jednym węzłem w szerszej, transnarodowej sieci instytucji kościelnych kontrolujących macierzyństwo pozamałżeńskie. W Irlandii przez „pralnie Magdalenek” i domy dla matek z dziećmi przeszło, według szacunków, około 35 tysięcy kobiet; premier Enda Kenny formalnie przeprosił za pralnie Magdalenek w 2013 roku, a premier Micheál Martin w 2021 roku nazwał system domów dla matek i dzieci „głęboką, wielopokoleniową krzywdą”. W Hiszpanii sieć klinik, duchownych i lekarzy działająca od czasów frankistowskich aż po lata dziewięćdziesiąte stała za zjawiskiem niños robados — „skradzionych dzieci”; pierwszy proces w tej sprawie, przeciwko ginekologowi Eduardo Veli, rozpoczął się dopiero w 2018 roku.
Głębszą, kulturową genezę tego zjawiska we Włoszech rekonstruuje klasyczna już praca amerykańskiego historyka Davida Kertzera Sacrificed for Honor (1993), która pokazuje, jak dziewiętnastowieczne domy dla podrzutków — było ich we Włoszech ponad tysiąc dwieście — chroniły kobiety nie przed chorobą, lecz przed hańbą, przy śmiertelności noworodków sięgającej niekiedy pięćdziesięciu procent. Program Baldellego i Landiego nie wyrósł znikąd. Kontynuował logikę instytucji, które od wieków traktowały nieślubne dziecko jako problem do rozwiązania dyskretnie, a matkę jako osobę, którą najlepiej wymazać z akt.
Ulica Pojednania dzisiaj
Via della Conciliazione, zaprojektowana przez faszystowskich architektów Marcella Piacentiniego i Attilia Spaccarellego jako monumentalna oś widokowa prowadząca od Zamku św. Anioła do placu św. Piotra, dziś jest jedną z najbardziej turystycznych ulic Rzymu — punktem, z którego robi się zdjęcie kopule Bazyliki na horyzoncie. Nic w jej dzisiejszym wyglądzie nie przypomina o biurze, w którym przez dwie dekady decydowano o losie tysięcy dzieci. Żadna tablica tego nie upamiętnia. To akurat nie jest wyjątek — Rzym rzadko stawia pomniki swoim biurokratycznym epizodom, o wiele chętniej celebruje architekturę władzy niż jej administracyjne konsekwencje.
Genealodzy, DNA i telefon z Ohio
Program zakończył się w 1970 roku wraz z rozwiązaniem Pontificia Opera di Assistenza, ale jego skutki trwają. Znacząca grupa adoptowanych dzieci trafiła do jednego miasteczka w stanie Ohio — Steubenville — gdzie z czasem uformowała się nieformalna społeczność osób szukających swoich włoskich korzeni. Impuls do napisania książki Laurino dała rozmowa telefoniczna z 2017 roku z jej kuzynem, Johnem Manticą, jednym z takich adoptowanych dzieci. Od tego czasu coraz więcej osób korzysta — obok żmudnej pracy archiwalnej — z testów DNA i genealogii genetycznej, by odnaleźć biologiczne rodziny we Włoszech. Sam John Campitelli, którego historię przytoczyłem na początku, twierdzi, że pomógł w ten sposób już 485 osobom.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Czy program był nielegalny?
W sensie ściśle prawnym — nie do końca. Wykorzystywał istniejące przepisy amerykańskie i włoskie, naginając ich pierwotny cel. Rząd włoski, jak wynika z badań, wielokrotnie zwracał uwagę Watykanowi, że praktyka narusza włoskie prawo, a mimo to program trwał kolejne dwie dekady.
Ile dokładnie dzieci wysłano do USA?
Szacunki mieszczą się między 3500 a niecałymi 4000, w zależności od przyjętej metody liczenia i daty końcowej — Cassamagnaghi liczy do połowy lat siedemdziesiątych, Laurino skupia się na okresie 1950–1970.
Czy matki zgadzały się świadomie?
W wielu udokumentowanych przypadkach zgoda była iluzoryczna albo w ogóle nieuzyskana — zdarzały się zgody podpisywane przez lekarzy lub prawników bez wiedzy matki, a niektórym kobietom mówiono, że dziecko zmarło. Te najbardziej drastyczne relacje pochodzą głównie z wywiadów przeprowadzonych przez Laurino i nie zawsze da się je zweryfikować dokument po dokumencie, choć pasują do wzorca znanego z analogicznych spraw w Irlandii i Hiszpanii.
Czy dziś można odnaleźć rodzinę biologiczną?
Od reformy z 2013 roku włoskie prawo przewiduje procedurę zapytania matki o zgodę na ujawnienie danych, a w praktyce coraz skuteczniejszym narzędziem stają się komercyjne testy DNA i sieci takie jak założona przez Campitellego organizacja pomagająca włoskim adoptowanym.
Zamiast zakończenia
Wracam do zdania z aktu urodzenia: „urodzony z kobiety, która nie zgadza się na wskazanie swojego nazwiska”. Formuła prawna, sucha jak każda formuła prawna, ukrywała za sobą całą architekturę instytucjonalną — papieską komisję, amerykańską ustawę imigracyjną, biuro przy ulicy nazwanej na cześć pojednania, opłatę w dolarach i lęk przed komunizmem. Każdy z tych elementów z osobna daje się wytłumaczyć logiką swojej epoki. Złożone razem, wytłumaczyły los kilku tysięcy ludzi na resztę życia.