Schody Hiszpańskie (Scalinata di Trinità dei Monti)

Schody Hiszpańskie

Pozwólcie, że zacznę od pewnego sprostowania, które uwielbiam serwować turystom, bo zawsze robi wrażenie: te schody nie są ani hiszpańskie, ani — jak chcieliby niektórzy Francuzi — całkiem francuskie. Nazwa „Schody Hiszpańskie”, którą zna cały świat, jest dziełem przypadku topograficznego: u ich stóp znajdowała się ambasada Hiszpanii przy Stolicy Apostolskiej, stąd Piazza di Spagna. Same schody natomiast sfinansowała Francja, zaprojektował je rzymianin, a zbudował papież. Trudno o lepszą metaforę barokowego Rzymu — miasta, w którym pieniądze, prestiż i pobożność tańczą ze sobą skomplikowanego menueta.

Geneza: stulecie zwłoki i dyplomatyczna zimna wojna

Historia tych schodów to przede wszystkim historia opóźnienia — i to opóźnienia iście rzymskiego kalibru. Pierwszy impuls dał już papież Grzegorz XIII (1572–1585), który marzył o schodach „podobnych do tych na Aracoeli”. Dopiero w 1660 roku, dzięki zapisowi testamentowemu francuskiego dyplomaty Étienne’a (Stefano) Gueffiera, powstały pierwsze projekty autorstwa licznych architektów.

I tu pojawia się postać, której nie sposób pominąć: Gian Lorenzo Bernini. Około 1660 roku, w czasach kardynała Mazzarina, Bernini opracował projekt, który po raz pierwszy wprowadzał ideę schodów rozczłonkowanych na serię zakrzywionych ramp przedzielonych pauzami, zamiast prostej, prostokątnej klatki schodowej (jak te na Aracoeli czy na Kapitolu). To koncepcyjne ziarno — falujące, wklęsło-wypukłe ściany — okaże się fundamentalne. Tyle że projekt został odłożony na półkę przez papieża Aleksandra VII, któremu nie podobało się zajmowanie tak rozległego kawałka rzymskiej ziemi przez stronę francuską.

I oto sedno stuletniej zwłoki: spór o własność terenu między Państwem Kościelnym a koroną francuską. Francuzi płacili, więc czuli się właścicielami; papieże uważali, że na ich gruncie nikt nie będzie wywieszał lilii Burbonów. Ta drażliwość terytorialna — dodam z ironią — odżyła w 2024 roku, gdy francuski Trybunał Obrachunkowy zasugerował konieczność wyjaśnienia statusu prawnego Trinità dei Monti, co wywołało lekką panikę wśród włoskich polityków obawiających się, że Francja „odbierze” im schody.

Realizacja: konkurs i triumf outsidera

W 1717 roku Klemens XI ogłosił wreszcie konkurs na projekt, w którym wzięli udział najwięksi architekci epoki. Między 1717 a 1721 rokiem przedstawiono około dwudziestu projektów — m.in. autorstwa cenionego Alessandra Specchiego (twórcy nieistniejącego już Porto di Ripetta).

Zwyciężył jednak Francesco De Sanctis (1693–1740) — architekt zakonu Minimów z Trinità dei Monti, postać raczej drugorzędna, dla którego ta jedna realizacja stała się dziełem życia. Schody zrealizowano między 1723 a 1726 rokiem jako scenograficzne połączenie zboczy Pincio, zwieńczonych kościołem Trójcy Świętej, z leżącym poniżej placem Hiszpańskim.

Co do dat warto zachować precyzję, bo źródła się tu lekko różnią: budowę inaugurowano w 1725 roku — w roku Jubileuszu, co nie było przypadkiem — natomiast prace ukończono w 1726. Roboty rozpoczęto pod pontyfikatem Innocentego XIII, a ukończono za Benedykta XIII.

Sztuka: geniusz nieregularności

Jeśli mam wskazać jedną rzecz, która czyni te schody arcydziełem, to nie ich rozmiar, lecz to, jak De Sanctis okiełznał chaos. Teren był koszmarem: strome zbocze, nierówny spadek i — co najgorsze — istniejące bloki budynków po bokach, ustawione pod różnymi, nierównoległymi osiami.

Poprzez krzywoliniowy ruch ramp De Sanctis zdołał wizualnie skorygować nieregularność terenu. Co więcej — i tu kryje się prawdziwa finezja — zasugerował, że oś widokowa między fasadą kościoła a leżącym poniżej miastem istniała jeszcze przed budową schodów. Innymi słowy: stworzył iluzję porządku tam, gdzie panował bałagan, i kazał nam uwierzyć, że tak było od zawsze. To jest barok w czystej postaci — teatr przebrany za konieczność.

Schody wykonano z trawertynu. Ich struktura to nieustanne alternowanie wypukłości i wklęsłości — masa kamienia, która zdaje się „układać” na wzgórzu niczym opadająca tkanina. De Sanctis nie zbudował zwykłych schodów; stworzył miejsce przejścia, cyrkulacji i postoju — z tarasami-balustradami służącymi za punkty odpoczynku i kontemplacji panoramy.

Symbolika religijna: liczba trzy wszędzie

Tu dochodzimy do warstwy, którą turyści mijają w pędzie ku selfie, a która jest sercem całego założenia. To są schody Trójcy Świętej — i De Sanctis zaszył tę teologię w samej geometrii.

Podział poszczególnych biegów podlega sakralnej symbolice liczbowej: trzy klatki schodowe, z których każda rozgałęzia się z kolei na trzy rampy. Rampy zwężają się następnie ku środkowi, tworząc jedną wielką schodnię prowadzącą na plac z obeliskiem. Trzy i trzy — Ojciec, Syn i Duch Święty, splatające się i rozdzielające w kamiennej choreografii. Schody pozbawione są zadaszenia na całej długości, by z dołu dobrze widoczny był ich szczyt — wzrok pielgrzyma ma wędrować nieprzerwanie ku górze, ku kościołowi.

Co do liczby stopni — i tu uczciwość akademicka nakazuje przyznać, że źródła się kłócą: jedne podają 135, inne 136, jeszcze inne mówią o 11 biegach po 12 stopni każdy. Doradzam turystom: policzcie sami i nie wierzcie nikomu (mnie również).

Heraldyczny pojedynek u podstawy

Spójrzcie na cokoły (cippi) u stóp schodów — to dyplomatyczny kompromis zaklęty w kamieniu. Heraldyczne orły rodu Conti — z którego pochodził Innocenty XIII — pojawiają się tam wraz z liliami Francji. Papież i Król Słońce, ramię w ramię, każdy ze swoim godłem, żeby nikt nie zapomniał, czyje to dzieło. Polityka i pobożność, raz jeszcze, w jednym kadrze.

Obelisk Sallustiański: wisienka z fałszywymi hieroglifami

Schody Hiszpańskie - obelisk

Wieńczący kompozycję obelisk dostawiono znacznie później. Dopiero w 1789 roku Pius VI zlecił architektowi Giovanniemu Antinoriemu wzniesienie go przed kościołem Trinità dei Monti, by stanowił prospekt dla schodów i Via Condotti, a zarazem idealne połączenie z obeliskiem przy Santa Maria Maggiore.

I tu serwuję moją ulubioną ciekawostkę. Ten obelisk to rzymska podróbka udająca Egipt. Wykonany z czerwonego granitu, wysoki na 13,91 metra, nosił inskrypcje Seti I i Ramzesa II dosłownie przepisane z obelisku Augusta na Piazza del Popolo. Problem w tym, że niektóre znaki były błędne, a inne wręcz odwrócone do góry nogami — rzymski kamieniarz najwyraźniej nie znał egipskiego (trudno go winić) i kopiował hieroglify jak uczeń przepisujący zadanie od kolegi, nie rozumiejąc ani słowa.

Symbolika chrześcijańska jest tu jednak przemyślana do bólu. Jest to jedyny obelisk w Rzymie, który obok krzyża nosi symbol inny niż papieski: na szczycie umieszczono lilię — godło króla Francji — zwieńczoną gwiazdą i krzyżem. A sam krzyż nie jest dekoracją: służył jako relikwiarz, zawierający fragment Krzyża Świętego oraz relikwie św. Józefa, św. Franciszka z Paoli, Piusa V oraz apostołów Piotra i Pawła. Inskrypcja na bazie głosi, że Pius VI „opatrzywszy znakiem Krzyża, poświęcił [obelisk] Świętej Trójcy” — pogański monolit ochrzczony i wcielony w służbę chrześcijańskiej teologii. Klasyczny rzymski recykling sacrum.

Konserwacje i współczesność

Schody przeszły gruntowną restaurację w 1995 roku. Kolejny pełny restauro, sfinansowany przez Maison Bulgari, przeprowadzono w 2015 roku, a ponowne otwarcie po pracach odbyło się 22 września 2016. Dziś obowiązuje zakaz siadania na stopniach — egzekwowany mandatami — co budzi rozbawienie pokoleń wychowanych na scenie z Rzymskich wakacji, gdzie Audrey Hepburn beztrosko zajada lody na tych właśnie schodach.