Koło, sen i miłosierdzie. Porzucanie dzieci w papieskim Rzymie i chrześcijańskim świecie

Na murze przy Borgo Santo Spirito, kilka kroków od kolumnady Berniniego, tkwi do dziś murowane okno z zardzewiałą kratą. Turyści mijają go w drodze do bazyliki, nie podejrzewając, że patrzą na jedno z najbardziej dwuznacznych urządzeń w dziejach europejskiego miłosierdzia – na ruota degli esposti, czyli koło podrzutków. Przez kilka stuleci kręciło się tu cicho, przyjmując w nocy zawiniątka, których nikt nie miał odwagi przynieść za dnia. Porzucanie dzieci w Rzymie papieskim — bo o tym tu mowa — jest opowieścią o tym, jak cywilizacja chrześcijańska próbowała rozwiązać problem, którego, bądźmy szczerzy, nigdy do końca nie rozwiązała.

Zanim powstało koło: porzucanie dzieci w pogańskim Rzymie

Zacznijmy od nieprzyjemnej prawdy, którą historycy starożytności powtarzają bez entuzjazmu, ale i bez wahania: w świecie grecko-rzymskim porzucanie noworodków było zjawiskiem powszechnym i — co istotne — społecznie tolerowanym. Łacina miała na to swoje czasowniki: exponere („wystawić”), proicere („wyrzucić”). Dziecko niechciane — bo nieślubne, bo czwarte z kolei, bo dziewczynka, bo urodzone „nie w porę”, bo po prostu zbyt drogie — wynoszono z domu i zostawiano w umówionym miejscu.

Trzeba od razu rozprawić się z dwoma mitami, bo inaczej obrazi się duch Mary Beard, mojej ulubionej autori książek historycznych, która nie znosi, gdy starożytny Rzym maluje się grubą krwawą krechą.

Mit pierwszy: rzymski ojciec mógł legalnie zabić dziecko mocą ius vitae necisque — „prawa życia i śmierci”. Zdanie to krąży po podręcznikach od pokoleń, lecz współczesna nauka traktuje je z dużą rezerwą. Część badaczy przekonuje, że było to raczej retoryczne i polityczne wyobrażenie z czasów Augusta niż realnie egzekwowane uprawnienie sądowe. Prywatny akt — wystawienie, sprzedaż czy zastawienie dziecka — w klasycznym prawie rzymskim nie zmieniał automatycznie statusu wolno urodzonego na niewolnika. Rzeczywistość porzucania była masowa, ale jej rzekoma „legalność” w sensie formalnego prawa do zabójstwa to konstrukcja, którą warto rozbroić.

Mit drugi: wystawienie równa się śmierci. Otóż niekoniecznie. Jak pokazał William V. Harris w klasycznym studium Child-Exposure in the Roman Empire („Journal of Roman Studies”, 1994), expositio bardzo często, choć bynajmniej nie zawsze, kończyła się śmiercią. Sporą część wystawionych dzieci podnoszono — i tu zaczyna się historia mniej budująca: stawały się one alumni (wychowankami) lub, częściej, niewolnikami; w świecie greckim mówiono o threptoi. Porzucone niemowlę bywało więc nie tyle skazane na zagładę, co przesunięte z wolności w niewolę. Prawo XII Tablic (tab. IV.1) wprost dopuszczało uśmiercenie noworodka „wyraźnie zniekształconego” — co mówi sporo o tym, gdzie przebiegała wówczas granica między rodziną a obywatelską hodowlą.

Czy Rzym miał jakiekolwiek instytucje miłosierdzia? Coś jakby. Antykwaryczny gramatyk Festus wspomina columnę lactarię — „Kolumnę Mleczną” na Forum Holitorium — przy której przynoszono niemowlęta, by je karmić mlekiem. Bywa interpretowana jako miejsce, gdzie ubodzy zdobywali mleko, wynajmowali mamki — albo, według części badaczy, jako sankcjonowane miejsce porzuceń. Symbolicznie stała nieopodal świątyni Pietas, ozdobionej sceną Caritas Romana. Rzym potrafił więc wzruszać się miłosierdziem na fresku, a obok wystawiać żywe dzieci na bruk. Sprzeczność, w której — przyznajmy — nie jesteśmy od niego aż tak odlegli.

Chrześcijański przewrót: od tolerancji do grzechu

I oto na scenę wkracza chrześcijaństwo, które wobec porzucania dzieci zajęło stanowisko bezkompromisowe. Już Didache i wcześni apologeci stawiali znak równości między expositio, dzieciobójstwem a morderstwem. Laktancjusz i Tertulian grzmieli, że wystawienie dziecka to zabójstwo „na raty” — bo nawet jeśli formalnie się go nie zabija, wydaje się je na śmierć z głodu, na pożarcie psom albo w ręce stręczycieli. Retoryka była mocna; praktyka, jak zwykle, zmieniała się wolniej.

Przełom prawny przyszedł wraz z Konstantynem. Pierwszy chrześcijański cesarz wydał szereg aktów: około 315 r. przeznaczył środki ze skarbu na pomoc rodzicom, którzy z nędzy zamierzali porzucić lub zabić dzieci; w 331 r. (konstytucja z 17 kwietnia) uregulował status dziecka wystawionego — odtąd znalazca mógł zdecydować, czy wychowa je jako własne, czy jako niewolnika. Nie była to czysta filantropia — to wciąż świat, w którym los dziecka rozstrzyga rynek — ale kierunek był nowy.

Tu pojawia się teza, wokół której toczy się cała nowoczesna debata. John Boswell w monumentalnym The Kindness of Strangers: The Abandonment of Children in Western Europe from Late Antiquity to the Renaissance (1988) dowodził — z erudycją i ową suchą, ironiczną nutą, którą docenią czytelnicy Alessandra Barbera — że porzucanie dzieci pozostało praktyką powszechną i moralnie znośną od antyku aż po renesans. Zmieniła się jednak jego forma. Chrześcijaństwo wynalazło bowiem własny, „pobożny” wariant porzucenia: oblację (oblatio) — oddanie dziecka klasztorowi „na służbę Bogu”. Rodzic, który zostawiał syna u benedyktynów, nie czuł się jak ten, który wynosił niemowlę pod columnę lactarię; a jednak, jak chłodno zauważał Boswell, mechanizm był pokrewny: rodzina pozbywała się dziecka, przekazując odpowiedzialność komuś innemu. Różnica tkwiła w opakowaniu — i w tym, że oblat zwykle przeżywał.

Boswell zwraca też uwagę na rzecz wzruszającą i okrutną zarazem: na tokeny. Przy porzuconym dziecku zostawiano znak — kawałek tkaniny, połówkę monety, medalik — by w razie poprawy losu móc je kiedyś rozpoznać i odebrać. Te przedmioty, czasem rozdarte na pół, są jednymi z najbardziej poruszających artefaktów europejskiego dzieciństwa. Wrócą do nas jeszcze w osiemnastowiecznym Londynie.

Sen Innocentego III i narodziny rzymskiego koła podrzutków

Przejdźmy nad Tyber, bo to tu rozgrywa się serce naszej opowieści — i tu kończy się legenda, a zaczyna instytucja.

Tradycja, utrwalona m.in. przez Iris Origo na łamach „History Today” (1959), głosi, że u progu XIII wieku papież Innocenty III miał koszmar. Śniło mu się, że rybacy, którzy o świcie zarzucali sieci w Tybrze między Mole Adriana — dzisiejszym Zamkiem św. Anioła — a starym Pons Neronianus, wyciągnęli zamiast ryb ciałka utopionych niemowląt, wrzuconych do rzeki przez kobiety pragnące „zatrzeć owoc swego grzechu”. Scenę tę utrwalono na piętnastowiecznych freskach w Sali Sykstyńskiej (Corsia Sistina), opatrzonych makabrycznie dosłowną łacińską inskrypcją: „Pescatores dum sagenam in Tyberi ducunt pro vivis piscibus mortuos infantes non sine horrore extrahunt” — „Rybacy, zarzucając sieć w Tybrze, zamiast żywych ryb wyciągają, nie bez zgrozy, martwe dzieci”.

Czy papież naprawdę miał ten sen? Historyk wzruszy ramionami — to topos założycielski, fundacyjny mit uszlachetniający instytucję (podobny dylemat legendy i faktu opisujemy przy okazji pytania, czy Apostoł Piotr w Rzymie to legenda czy historia). Ale za legendą stoi twarda rzeczywistość: porzucone i topione niemowlęta były w średniowiecznym Rzymie widokiem na tyle częstym, że wizja papieża „odpowiadała prawdzie”.

Faktem dokumentalnym jest natomiast to, że Innocenty III, około 1198 roku, na miejscu dawnej Schola Saxonum — przytułku dla anglosaskich pielgrzymów, fundowanego jeszcze w VIII wieku (tradycja wiąże go z królem Wessexu Ine, zm. w Rzymie 728) — powołał Ospedale di Santo Spirito in Sassia, najstarszy szpital Europy, i powierzył go Zakonowi Ducha Świętego. Zakon ten rozwinął sieć przytułków dla podrzutków w całej łacińskiej Europie. Do szpitala wbudowano ruota — obrotowy bęben, dzięki któremu matka mogła złożyć niemowlę i pozostać niewidzialną dla tych w środku. Część tradycji podaje, że Innocenty wzorował się na praktyce z Marsylii; ostrożny przewodnik powie raczej „tak głosi przekaz”, bo dokumentacja jest tu wątła.

Instytucja rozkwitła pod Sykstusem IV (1471–1484), który kazał Bacciowi Pontellemu przebudować kompleks i wznieść wspaniałą Corsię Sistinę — ogromną, rozświetloną salę, w której freskowy cykl opowiadał historię szpitala, łącznie z owym snem i „makabrycznym połowem”. Gdy w 1511 roku zawitał tu Marcin Luter, jeszcze jako pobożny augustianin, podobno był wstrząśnięty liczbą podrzutków — anegdota smakowita, choć traktujmy ją z przymrużeniem oka, bo Luter wiele rzeczy w Rzymie uznał wówczas za wstrząsające.

Jak działało koło podrzutków (ruota degli esposti)

Zamurowane okno ruota degli esposti – koło podrzutków w murze szpitala Santo Spirito in Sassia w Rzymie
Zamurowane okno dawnej ruota degli esposti w murze Ospedale di Santo Spirito in Sassia. Po lewej marmurowa skarbonka na jałmużnę dla ubogich chorych szpitala, zwieńczona podwójnym krzyżem Zakonu Ducha Świętego.

Odsuńmy na chwilę legendę i zobaczmy maszynę w ruchu, bo diabeł — jak zawsze — tkwi w procedurze. Matka albo pośrednik podchodziła nocą do muru, wkładała zawiniątko do obrotowego bębna, dzwoniła i odchodziła. Bęben obracano do środka; dyżurujący odbierał dziecko. Anonimowość była tu cnotą kardynalną — całą architekturę zaprojektowano tak, by oddająca nie spotkała przyjmującego. To nie był defekt systemu, lecz jego sens: koło istniało po to, by „grzech zniknął” wraz z dzieckiem, ratując zarazem honor rodziny i — przynajmniej w teorii — życie noworodka.

Dalej zaczynała się biurokracja miłosierdzia. Dziecko chrzczono (zbawienie duszy było priorytetem niepodważalnym), wpisywano do rejestru i nadawano mu nazwisko. I tu rodzi się jeden z najbardziej przejmujących śladów, jakie ta historia zostawiła w nowożytnej Italii — nazwiska podrzutków: Esposito („wystawiony”, do dziś jedno z najpospolitszych nazwisk Neapolu), Proietti („wyrzucony”, częste w Rzymie), Innocenti („niewinni”, florentyńskie), Colombo, Trovato („znaleziony”), Diotallevi („niech cię Bóg wychowa”). Genealog, który natrafia na takie nazwisko, trzyma w ręku zaszyfrowaną tragedię.

Niemowlęta oddawano mamkom — najpierw w samym szpitalu, potem „na wieś”, do rodzin wiejskich (baliatico), które za opłatą karmiły i chowały dziecko. I tu system zaczynał skrzypieć. Mamek było za mało, dzieci za dużo, mleka jeszcze mniej, a transport niemowlęcia wozem przez kampanię — w upale lub mrozie — bywał wyrokiem.

Ciemna strona koła: „fabryki aniołków”

Tu musimy odłożyć sentymentalizm, bo najtwardszą diagnozę postawił antropolog i historyk David I. Kertzer w Sacrificed for Honor: Italian Infant Abandonment and the Politics of Reproductive Control (Beacon Press, 1993) — książce, która zmieniła sposób, w jaki czytamy całą tę instytucję.

Skala robi wrażenie i przeraża zarazem. W dziewiętnastowiecznej Italii działało około 1200 kół i domów podrzutków. W niektórych miastach porzucano nawet 40% wszystkich noworodków. W połowie stulecia domy podrzutków przyjmowały rocznie około 37 000 niemowląt. Sama ruota przy Santo Spirito — prawdopodobnie najstarsza we Włoszech — odbierała średnio około tysiąca dzieci rocznie.

A teraz liczba, która kładzie się cieniem na całym micie miłosierdzia: porzucone niemowlęta umierały co najmniej dwukrotnie częściej niż dzieci wychowywane w rodzinach. Stłoczenie, niedożywienie, choroby zakaźne i mordercza logistyka mamek sprawiały, że dom podrzutków bywał nie tyle arką ocalenia, co — by użyć makabrycznego określenia epoki — faiseuse d’anges, „fabryką aniołków”. Studium Wendy Sigle, Davida Kertzera i Michaela White’a o znamiennym tytule Cheating the Angel-Makers („Continuity and Change”, 1994) pokazuje, jak nieliczni „oszukiwali” ten los i przeżywali.

Kertzer obnaża też ekonomię honoru, która napędzała cały system. To nie była głównie litość — to była kontrola kobiecej seksualności. Honor mężczyzny i rodziny zależał od cnoty kobiet; niezamężna ciężarna, która potajemnie złożyła dziecko w kole, „odzyskiwała” moralną nieskazitelność. Kościół i państwo działały zgodnie: położne rekrutowano, by donosiły o nielegalnych ciążach; w niektórych domach matki, by „odpracować” utrzymanie własnego dziecka, zmuszano do roli mamek dla cudzych. A ponieważ mamki karmiące zarażone syfilisem podrzutki same się zarażały — i odwrotnie — choroba krążyła w tym obiegu jak w zamkniętym naczyniu (zob. D. Kertzer, Syphilis, Foundlings, and Wetnurses in Nineteenth-Century Italy, „Journal of Social History”, 1999).

Najbardziej wywrotowe ustalenie nowszych badań brzmi jednak inaczej. Koło nie służyło wyłącznie zrozpaczonym niezamężnym matkom. Jak pokazują analizy ekonomicznej historii, dla małżeństw ruota bywała publicznie finansowanym narzędziem planowania rodziny — sposobem na pozbycie się kolejnej „gęby do wyżywienia”, często z zamiarem odebrania dziecka po latach. Co więcej, porzucanie nie było neutralne płciowo: synów uważano za aktywa, córki za obciążenie — i to koło współtworzyło historyczne zjawisko „brakujących dziewczynek”.

Europa kół: Florencja, Paryż, Londyn

Rzymski model — szpital z kołem prowadzony przez zakon — rozlał się po całym katolickim świecie, choć każde miasto nadało mu własny rys.

We Florencji powstał najpiękniejszy z tych budynków: Ospedale degli Innocenti, zaprojektowany przez Filippa Brunelleschiego (prace od 1419 r.) jako pierwszy obiekt w Europie wzniesiony specjalnie dla podrzutków — z renesansową lekkością loggii, pod którą Andrea della Robbia umieścił słynne tonda z niemowlętami w powijakach. Piękno architektury i groza funkcji splatają się tu w sposób, który zawsze odbiera mowę zwiedzającym.

W Paryżu w latach 30. i 40. XVII wieku Wincenty à Paulo i Ludwika de Marillac wraz z siostrami szarytkami zorganizowali opiekę nad enfants trouvés, zbulwersowani — podobnie jak Luter sto lat wcześniej — tym, że porzucone dzieci bywały sprzedawane żebrakom. Francuski Hôpital des Enfants-Trouvés stał się modelem oświeceniowej dobroczynności.

W protestanckim Londynie, gdzie nie było zakonów ani kół, sprawę w swoje ręce wziął emerytowany kapitan Thomas Coram, wstrząśnięty widokiem martwych niemowląt na ulicach. Po latach kampanii uzyskał w 1739 r. królewski przywilej na Foundling Hospital. To właśnie stamtąd pochodzą najsłynniejsze europejskie tokeny — guziki, monety, skrawki materiału zostawiane przy dzieciach, dziś eksponowane w Foundling Museum jako galeria złamanych serc. Hogarth malował dla szpitala, Händel dyrygował tam Mesjaszem na cele dobroczynne. Filantropia stała się modna; los dzieci poprawił się umiarkowanie.

Koniec koła podrzutków

Z czasem coraz głośniej mówiono, że koło, pomyślane jako tama przeciw dzieciobójstwu, samo stało się problemem: zbyt ułatwiało pozbywanie się dzieci, a brefotrofia dusiły się od nadmiaru małych ciał i zabijały je nędzą skuteczniej niż obojętność.

We Włoszech demontaż ruszył po zjednoczeniu. Ustawa z 20 marca 1865 roku przerzuciła ciężar finansowy na prowincje i gminy, pozostawiając im decyzję o losie kół. Ferrara jako pierwsza zamknęła swoją ruota w 1867 roku, rok później Mediolan, w 1871 Brescia — i tak, prowincja po prowincji, koła znikały przez całą drugą połowę stulecia. Ostateczny kres przyniósł dopiero „Regolamento generale per il servizio d’assistenza agli Esposti” z 1923 roku, wydany przez pierwszy rząd Mussoliniego, który formalnie zniósł koła w całych Włoszech.

I rzecz znamienna — bo historia lubi paradoksy: zamknięcie kół, którego bano się jak nawrotu dzieciobójstwa, przyniosło skutki odwrotne do obaw. Nowsze badania ilościowe wskazują, że po likwidacji ruota porzucenia spadły o blisko 55%, śmiertelność niemowląt o około 10%, a liczba urodzeń o jakieś 4% — przy czym ten ostatni spadek wynikał głównie z decyzji małżeństw, które, pozbawione „koła”, zaczęły inaczej planować rodzinę. Zniknięcie anonimowej furtki ograniczyło też selekcję płci. Miłosierdzie, jak się okazało, bywało perwersyjnym bodźcem.

Epilog na murze przy Borgo Santo Spirito

A jednak koło nie umarło do końca. Współczesne baby boxy — ogrzewane skrzynki przy szpitalach, gdzie matka może anonimowo i bezpiecznie zostawić noworodka — to bezpośredni, technologiczny potomek ruota degli esposti. Ta sama logika: lepiej dać matce furtkę niż zmuszać ją do rozpaczy. Ten sam, nierozwiązany dylemat: czy ułatwiając porzucenie, ratujemy dzieci, czy zwalniamy społeczeństwo z obowiązku zadbania o matki, by porzucać nie musiały.

Gdy następnym razem będziesz podążać od placu św. Piotra — czy to po zwiedzaniu Bazyliki Świętego Piotra, czy spacerem wzdłuż Passetto del Borgo ku Zamkowi św. Anioła — zatrzymaj się na chwilę przy tym zamurowanym otworze na murze szpitala. Nie jest spektakularny. Nie ma o nim wzmianki w większości przewodników. A przecież streszcza całą ambiwalencję chrześcijańskiego Rzymu lepiej niż niejedna bazylika: miasto, które potrafiło śnić koszmary o utopionych dzieciach i nazajutrz budować dla nich najstarszy szpital Europy — i które w tym samym szpitalu, przez stulecia, pozwalało im umierać tysiącami. Litość i okrucieństwo wytaczane z tego samego źródła. Bardzo rzymskie. Bardzo ludzkie.

Dodaj komentarz